Open’er 2008

10lip08

Line-up tegorocznej edycji Open’era nie zapowiadał się szczególnie miażdżąco. Owszem, było parę fajnych, bardzo fajnych i ciekawych zespołów, ale raczej nic, na co wydałbym lekką reką 300zł. Pogodziłem się już z tym, że nic na żywo w te wakacje raczej nie zobaczę, a tu nagle pojawiła się opcja sponsoringu ze strony babci, z której bez zastanowienia skorzystałem.

3 lipca

Około godziny 16 stałem w kolejce do wymiany biletu na opaskę, czyli bilet właściwy. Gdy już byłem pod okienkiem, okazało się, że bilet wypadł mi z kieszeni. Załamka, nogi jak z galarety, pełne majty i zimny pot na plecach – 300zł i 6 godzin drogi poszło do piachu. Na szczęście jacyś mili ludzie znaleźli mój bilet i po krótkiej pogawędce mi go oddali. Uff.

Parę godzin później rozkładałem namiot na pierwszym z trzech pól, zjadłem wstrętną pizzę, która i tak była dobra na pusty żołądek i wypiłem sprajta. Trzeba było nabrać sił na następne 3 dni, więc położyłem się spać dość wcześnie.

4 LIPCA

Obudziłem się w saunie, w którą zmienił się namiot, później poranna toaleta, szklanka mleka i bułka na śniadanie i zostało tylko czekać na otwarcie terenu miasteczka festiwalowego.
Po siedemnastej szybki rzut oka na program festiwalu i już wiem jak spędzić najbliższe dziesięć godzin.

W miarę chronologicznie:

L.Stadt

W miarę młoda, polska kapela, niedawno podobno wydali płytę. Grają strasznie nudno i bez wyrazu. Dopiero coś zaczęło się dziać przy ‘Piosence o podejrzeniu zdrady’, ale panowie muzycy się opamiętali i powrócili do stałego, nudnego brzmienia z pierwszych czterech czy pięciu kawałków. Co chwila wspominali, że kawałek który zagrają może ukaże się na nowym singlu i przed każdą piosenką tłumaczyli o czym jest, bo niektórzy mogą nie znać angielskiego i nie wiedzieć. Ogólnie kiepski koncert z kiepską muzyką, ale przynajmniej ugrzałem sobie miejsce na…

Mitch & Mitch Big Band

Chwilę przed wpół do siódmej czekałem w namiocie na występ mitchów (którzy teraz grają w 10-cio osobowym składzie) i szczerze mówiąc nie wiedziałem czego się spodziewać. Doszły mnie słuchy, że na koncercie miał się pojawić Zbig. Zbig się niestety nie pojawił, ale to i tak nie przeszkodziło Mitchom w zagraniu jednego z lepszych koncertów tego festiwalu. Mitch od samego początku utrzymywał świetny kontakt z publicznością – bawił się nią i z nią, jak zawsze udawał, że są zagranicznym zespołem, droczył się z montażowcami, co chwila wyskakiwał z jakimś nowym pomysłem. Np. takie czterominutowe Frankkus’s Dilemma grali przez jakieś 15 minut, a każdy z dziesięciu Mitchów musiał zagrać solówkę na swoim instrumencie używając tylko jednego, dowolnie wybranego palca. Cały koncert wyszedł naprawdę świetnie, także pod względem muzycznym – 10 muzyków, każdy ze sporym doświadczeniem i utwory, które słyszane nawet pierwszy raz brzmią, jakbyśmy je znali od dawna, a zarazem pod luzacką oprawą skrywają coś więcej.
Jeśli w Waszej mieścinie grają Mitche, koniecznie iść.
Za rok muszą grać na scenie głównej, w miejsce jakiś marnych Much czy Lao Che, którzy zerwali się z Woodstocku, bo inaczej się zdenerwuję.

Editors

Nawet nie planowałem oglądać tego koncertu, ale przechodziłem pod sceną na chwilę przed jego rozpoczęciem i tłumy jakiś indie dziewcząt dopychając się do pierwszych rzędów spowodowały, że stałem w rzędzie drugim i za bardzo nie miałem jak z niego wyjść.
Koncert zaczął się chwilę po 21, panowie w garniakach i swetrach wyszli, zagrali swoje średnio fajne piosenki i jedyny niezły Munich, Tom Smith strasznie niewyraźnie mówił i śpiewał i wyginał się dokładnie tak samo jak na Glastonbury, czy każdym innym koncercie. Oczywiście wszystkim piszczącym dookoła mnie się podobało, ale do mnie jakoś to nie trafia. Sorry.

The Raconteurs

Koncert zaczął się od tego, że były jakieś problemy z dźwiękiem, przez co dźwiękowcy męczyli nas jakimiś szumami przez półtorej godziny i na dodatek zepsuli jeden z trzech telebimów.
Na koncert naszej supergrupy nie napalałem się szczególnie, choć lubię ich twórczość. No i ekipa White’a mnie całkiem pozytywnie zaskoczyła, bo koncert wyszedł bardzo przyjemny, i to dzięki temu jak grali, a nie dzięki laserom i chmurom dymu.
Porządnie zagrali sporo materiału z nowej płyty, troszkę ze starej i jakiś kawałek którego nie kojarzę, a Jack cały czas mówił do publiczności po polsku (co przychodziło mu raczej z trudem, ale szacun się należy).
Szacun za to nie należy się ludziom z nagłośnienia, bo wszystko jakoś dziwnie brzęczało i buczało, mimo, że stałem dość daleko od sceny.

Róisín Murphy

Jak zwykle gorąca Róisín (grała akurat w swoje 35. urodziny, szkoda, że plan zaśpiewania jej stu lat nie zabanglał), jak zwykle zagrała fajnie, przebierała się między piosenkami (podobno od ostatnich koncertów powiększyła się jej garderoba) i robiła wszystko to, co u innych uszłoby za głupiutkie, sucharowe, czy bezsensowne, a tu wyglądało słodko. Większość koncertu to utwory z Overpowered, choć z Ruby Blue też się coś znalazło. Była Ramalama i Primitive, więc ok.
Róisín świetnie udało się rozgrzać i wprawić w ruch mocno zmarznięty tłum – koncert jak najbardziej udany.

5 LIPCA

Z jednego pola namiotowego zrobiły się trzy, zabrakło pizzy hawajskiej na kempingu, wszystkie prysznice były zapchane, a toi toie czuć było już z dobrych parunastu metrów. Słodko.

Cool Kids of Death

Kiepski koncert kiepskiego zespołu z jedną niezłą płytą. Dobrze, że grali sporo materiału z Afterparty, bo to jedyne, czego można od nich słuchać. Na dodatek jak zawsze muszą robić z siebie idiotów na scenie i gadać jakieś pierdoły. Panu Ostremu polecam bardziej skupić się na komiksach, bo te wychodzą mu o wiele lepiej niż muzyka.

Interpol

Dla mnie jeden z koncertów festiwalu, choć wielu osobom się nie podobał. Imo był dokładnie taki jak zespół – minimalistyczny, chłodny i perfekcyjny w brzmieniu; ciężko mi sobie wyobrazić jak inaczej miałby zagrać Banks z kolegami. Pod sceną zebrało się dużo ludzi, w tym masa odzianych w garniaki lub przynajmniej wyprasowane koszule tru-fanów Interpolu, mi udało się stanąć w trzecim rzędzie od sceny i akurat trafić na największy młyn.
Zagrali fajnie, poszło prawie całe Turn on the Bright Lights (oprócz trzech kawałków, które najbardziej chciałem usłyszeć) i parę najlepszych utworów z drugiej i trzeciej płyty, w tym oczywiście na bisie The Heinrich Manuever. Za muzykami pojawiły się jakieś skromne, a co za tym idzie, wspaniale komponujące się z klimatem występu wizualizacje. I był to chyba jedyny moment w którym żałowałem, że nie padało.

Cocorosie

Niestety udało mi się zobaczyć tylko ostatnie 20 minut z koncertu sióstr, bo czekałem na bisy Interpolu, ale i tak było widać jak fajny koncert Cocorosie dało. W namiocie zebrało się naprawdę dużo ludzi – sporo oglądało koncert z zewnątrz, na telebimach. Niestety prawie w ogóle nie znam ich twórczości, więc nie powiem co dokładnie tam zagrały, ale brzmiało to na tyle zachecająco, że już nadrabiam zaległości.
Na koniec koncertu siostry dały sobie buzy, czym zgorszyły parę osób z publiczności i uciekły ze sceny.
A ja uciekłem z namiotu, żeby nabyć sobie coś do picia i przechodząc przy głównej scenie zatrzymałem się na chwilę, żeby zobaczyć jak radzi sobie…

Jay-Z

Jak dla mnie za dużo machania łapami, gangsta-shit i coverowania Rihanny czy Amy Winehouse. Niby udało mu się rozbujać czarną publiczność z krokiem w kolanach, but meh..

Sex Pistols

Już na długo przed dwunastą namiot był pełny prawdziwych panków, którzy wydali te 140zł (albo i więcej), żeby zobaczyć dinozaury przy pracy. Jakiś czas przed rozpoczęciem koncertu ochroniarze zakleili namiot taśmą, żeby więcej osób się do środka nie pchało. W końcu rozwinięte zostało tło z ‘Sex Pistols’, dwoma kombajnami i ‘Combine Harvester’. Nie wiem co to za akcja, szczerze mówiąc nawet nie chcę wiedzieć, ale wciąż wmawiam sobie, że to taki mały zgryw w naszą stronę.
W końcu chwilę po dwunastej na scenę wyszło czterech brzuchatych pięćdziesięciolatków, przedstawili się, powiedzieli, że pierwszy raz grają w Polsze, bla bla bla i zaczęli grać. Po paru piosenkach Johnny Rotten musiał powiedzieć co sądzi o politykach, że to oni są naszymi jedynymi wrogami, a Polska nie jest taka zła jak myślał i mamy w Gdynii ładną plażę (czy coś w ten deseń). Później wrócili do grania. I jak widać przez te 30 lat (w sumie to 12 od ostatniej reaktywacji) raczej nie nauczyli się grać, albo to ja mam niską tolerancję na coś takiego.
Po God Save the Queen rozbolały mnie uszy i uciekłem na Erykę Badu, ale wszystkim, którzy przyjechali tu specjalnie dla SP się podobało, i to chyba było najważniejsze.

Erykah Badu

Erykah przyniosła ukojenie moim obolałym uszom, zagrała świetnie nagłośniony (chociaż po SP każdy mi się takim wydawał), mocno klimatyczny koncert. Nie gustuję w muzyce przez nią granej, ale brzmiało to naprawdę przyjemnie, aż chciało się człowiekowi położyć na tej zimnej, mokrej trawie i nie zwracać uwagi na to, co się dzieje dookoła. Tak też zrobiłem, ale miało to swoje negatywne strony – po jakichś 20 minutach leżenia przysnąłem i uciekłem do namiotu, bo spanie na trawie o drugiej w nocy, i to na dodatek w ciemnych ciuchach, było kiepskim pomysłem. Badu grała dość długo, bo gdy jakoś po trzeciej leżałem w swoim przedwojennym namiocie, wciąż słyszałem jej ‘kocie jęki’, jak to powiedział jakiś człowiek wracający z Pistolsów.
Dobrze, że nie grała o 19 (zmiana godzin została dokonana już w sobotę), wtedy koncert pozbawiony byłby tej fajnej, tulącej do snu otoczki.

6 LIPCA

Przeszedłem cały gdyński downtown w poszukiwaniu kawiarni, która zaoferuje mi śniadanie, skończyło się na litrze Ice Tea i ławce w parku przy prokuraturze i pociągach (och Shadov).

Dziś tylko dwa koncerty, sorry folks.

Goldfrapp

Pani Goldfrapp wyszła na scenę przebrana za różowego nietoperza, z makijażem i fryzurą, która pamięta chyba jeszcze czasy sesji na okładkę czwartej płyty. Cała ekipa była ubrana na biało, a sprzęt grający, wzmacniacze i mikrofony były udekorowane kwiatkami i zwierzątkami. Wszystko zebrane do kupy prezentowało się wyjątkowo przyjemnie, może oprócz tego makijażu. Nieważne.
Koncert zaczął się od jakiś spokojniejszych utworów z harfą w tle, co zniechęciło sporą część oglądających. Na szczęście po paru piosenkach pojawiły się szlagiery pokroju Ooh La La czy Strict Machine. Wszystko wyszło przyjemnie, łagodnie, bez zbędnych bajerów. Akurat koncert do posiedzenia na jeszcze suchej trawie, czy pokręcenia pupą (jak ktoś lubi).

Massive Attack

Czyli najlepszy koncert tego festiwalu (i chyba w ogóle najlepszy na jakim byłem) i pod względem muzycznym, wizualnym, czy ogólnym feelingu tam panującym.
Masywni zagrali sporo materiału z nowej płyty (który na żywo prezentuje się wybornie, ale poczekamy do września na studyjne nagrania), zaczęli od All I Want, którym dopiero rozgrzali niespodziewającą się mocnego uderzenia publikę, później Marooned, z utworu na utwór robiło się coraz lepiej.Przy Risingson tłum zaczął się rozkręcać, a cały koncert nabierać jakiegoś konkretnego wyrazu.
Na scenę weszła Elizabeth Fraser Stephanie Dosen, zagrała dobrze wszystkim znane Teardrop, pojawiły się pierwsze sensowne wizualizacje na ekranie znajdującym się za muzykami.

Już nie pamiętam przy którym utworze na ekranie zaczęły pojawiać się teksty, ale był to cały motor napędowy oprawy koncertu – początkowo pojedyncze słowa, które zdawały się być wyrwane z kontekstu, później teksty o polskich (i nie tylko) gwiazdach robiących chałturę na lewo i prawo (tu już było po polsku). o tym, jak Wielka Brytania traci swoje prawa, ale może więzić człowieka przez 42 dni bez postawienia zarzutów, później cytaty, jak “You can jail a revolutionary, but you cannot jail the revolution” i jemu podobne. Na koniec Inertia Creeps “Niewinni nie mają się czego bać” co wspaniale podsumowało to, co wcześniej się działo. Zresztą zobaczcie sami. Może to wszystko było chwytem pod publiczkę i ogólnie było mocno naciągane, ale wrażenie na wszystkich zrobiło niesamowite, skoro niektórzy po całym koncercie płakali. Serio.
Strona muzyczna też wypadła znakomicie, wszystko było grane na żywo (na dodatek na dwie perkusje), nic nie leciało z taśmy. Kawałki z nowej płyty czasami brzmiały wyjątkowo mocno, jeśli reszta nowego materiału utrzyma poziom tego, co usłyszeliśmy, to dostaniemy bardzo solidny album. Stare utwory też wciąż dają radę, a te z Blue Lines nie zestarzały się ani trochę, wciąż brzmią tak samo zajebiście.
Chcę więcej takich koncertów.
p.s. Sporo osób narzekało, że nie było Karmacomy na bisie – imo to dobrze, bo po tym, co było wcześniej zaprezentowane, brzmiałaby banalnie, jak Jay-Z coverujący Umbrellę, ellę, ellę, ę.

Chemical Brothers sobie odpuściłem, bo ich muzyka jakoś wyjątkowo mi nie podchodzi. Żałuję, że tego dnia nie widziałem Kobiet i Everything is Made in China, którzy podobno dali wspaniały koncert.
Chciałem też zobaczyć Fujiyę & Miyagiego, DeVotchKę, Ściankę i Fischerspoonera, ale jakoś czasu i sił zabrakło.

7 lipca

Wracam do domu z jednym niewykorzystanym bonem na 3zł, odciskami na nogach, dziurą w spodniach, bólem pleców i przeziębieniem. I z muzycznymi przeżyciami, paroma nowymi znajomościami i doświadczeniem, które może przydać się za rok.

A co za rok?

Podobno ma być Rage Against the Machine, którego w tym roku być nie mogło. Nie obraziłbym się za Arcade Fire czy The Flaming Lips, Radiohead pewnie znowu wynajdzie jakąs nową wymówkę żeby do Polski nie wracać. Na Modest Mouse nie mam co liczyć, już prędzej przyjadą na Off Festival, czy na osobny koncert.
Last.fm mówi, że będzie MacGyver, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć :(



4 Responses to “Open’er 2008”  

  1. za rok będę ja (ale to nieoficialne więc bez ekscytacji)

  2. 2 solis

    Część sampli na Massive szła z taśmy, choć dla mnie to nie problem, tylko norma. Teardrop w Gdyni to nie Liz Fraser, a Stephanie Dosen. IMHO Risingson, które poleciało przed Teardrop, było dużo lepsze. Druga połowa koncertu MA świetna, pierwsza nierówna, chyba lepiej byłoby ich zobaczyć jednak już po wydaniu nowej płyty (liczę, że będzie szansa w 2009 – bo niestety wrzesień już nieaktualny jeśli idzie o termin wydania nowego albumu). Karmacomę w trakcie tego touru czasem grywają, czasem nie, znalazłoby się dla niej spokojnie dobre miejsce w setliście, ale akurat na 6 lipca MA mieli inną wizję. Powiedzmy, że u mnie odkupili się świetnym bisem, ale liczę, że jeszcze zobaczę ich lepszy koncert, stać ich na więcej.

  3. co do Fraser – Dosen z daleka wyglądała podobnie ;p
    a kolejność utworów mi się pojebała – wybaczcie


  1. 1 Muzyka » Blog Archive » Open’er 2008

Leave a Reply