Mars Volta w stodole

Volty nie słucham (przynajmniej nie w takich ilościach jak dawniej) już od jakiegoś czasu, ale obiecałem sobie, że jeśli zapowiedzą u nas koncert, pojadę na niego, nawet jakby był w Poznaniu.
Na szczęście zagrali w Warszawie, na nieszczęście w Stodole.
Na koncercie w Stodole byłem pierwszy raz i mam nadzieję, że ostatni.
Pomijam już to, że nie było czym oddychać nawet jak w środku nie było jeszcze tłumów, to, że obsługa lokalu lubi wszystkich popychać bez powodu, czy to, że rzeczy z szatni nie możemy wyjąć przed rozpoczęciem koncertu. To wszystko nic nie znaczy przy tym, jak kiepskie było nagłośnienie. Z wokalu Cedrica nie było słychać absolutnie nic, a wielowarstwowa muzyka zlewała się w coś, co równie dobrze mogło być puszczone z taśmy.
Koncert zaczął się parenaście minut po ósmej, wcześniej tłum rozgrzewał jakiś utwór Lil Wayne’a (którego to podobno Lopez strasznie szacunuje, nieważne) i motyw przewodni z “A Fistful of Dolars“ autorstwa Ennio Morricone.
Po chwili zespół wszedł na scenę i rozpoczął mocnym uderzeniem – Goliath z nowej płyty, który to właściwie jest coverem Rapid Fire Tollbooth z solowej płyty Rodrigueza-Lopeza, czyli Mars Volty pod inną nazwą. Wychodzi na to, że coverują sami siebie, ale mniejsza z tym. Utwór zaczął się w miarę normalnie, po czym przerodził się w dwudziesto minutową improwizacje, która sprawiała wrażenie jakby nigdy nie miała się skończyć. Gdy wszyscy myśleli, że zespół już gdzieś odpłynął, muzycy wrócili do grania z siłą wołu*, kończąc utwór tak, jak skończyć się powinien.
Później opieprzyli fotografów za zasłanianie widoków publiczności (podobno, bo nic ze słów Cedrica nie zrozumiałem) i ruszyli z następnym kawałkiem – Viscera Eyes z Amputechture, był to (dzięki bogu) jedyny kawałek z trzeciego krążka.
Później Wax Simulacra, przy której w końcu można było usłyszeć dźwięki saksofonu, który wcześniej nie mógł się przebić przez ścianę dźwięku gitary Omara, bas Juana Alderete i milion uderzeń w bębny na minutę Thomasa Pridgena (przyjęcie go było chyba najlepszą rzeczą od Frances the Mute), który podczas grania wpadał w taki szał, że Omar kazał mu się uspokoić. Zniszczył jeden bęben i przez chwilę musiał grać jedną pałeczką. Serio.

Później było już z górki, większość kawałków z nowej płyty (i niespodzianka – The Widow) aż do Ilyeny – której tekst dzielnie wyśpiewała prawie cała publiczność (szeroki przekrój społeczny – od indie dziewcząt, przez straight edge’ów, ludzi słuchających muzyki z -core na końcu, tru metali do dziadków, którzy zjedli zęby na King Crimson czy Pink Floydach).
Każdy z muzyków mógł chyba najbardziej wykazać się przy trwającym koło 30 minut ‘Cygnus…Vismund Cygnus’, jedynie klawiszy Owensa było trochę mało.
Koncert trwał koło dwóch godzin (z szumnie zapowiadanych trzech), zakończył się utworem Aberinkula. Bisu oczywiście nie było, ale spory tłum stał pod sceną jeszcze z 20 minut po zakończeniu przedstawienia.
Gdyby nie nagłośnienie i brak utworów z pierwszego albumu, koncert byłby wspaniały. Było po prostu dobrze.
zdjęcia autorstwa człowieka nickiem ‘bejzkik’ z last.fm i Rafała Nowakowskiego
* kto mi powie jaki sklep (albo gdzie taki sklep się reklamował) obsługuje z siłą wołu, dostanie cyber ciastko
Filed under: eventy, muzyka | 1 Comment
Tags: koncert, stodoła, the mars volta
stodoła nazwy nie wzieła z kupra hehe. Mars Volty nie słucham bo mi się nie chce, ale relacja ciekawa.