IAMXPROXIMA

24lis08

iamxx

16 listopada 2008, klub studencki Proxima. Proxima, która jest sprytnie ustawiona między wielkimi akademikami, przez co nie widać jej z zewnątrz, dookoła żadnych indieludzi, za którymi mógłbym iść.
Ale w końcu udało się, 40 minut przed domniemanym początkiem koncertu wchodziłem po proximowych schodach. Później 20 minut stania w kolejce do szatni, 5 minut czekania na zimną pepsi i można było się wciskać w tłum pod sceną.

Tłum, którego większą część stanowiły jakieś cybergotki z różowymi dredami (po Castle Party to chyba będa stali bywalcy koncertów Cornera) w wieku głównie gimnazjalnym, trochę zwykłej lansiarni, karków i metali. Normalka.

Koncert zaczął się z niemałym opóźnieniem, oczywiście z powodów technicznych (panowie stali na drabinie i coś dokręcali), bo z moim szczęściem nigdy nie trafię na koncert od początku do końca dobrze zrobiony – po koncercie sporo ludzi narzekało, że muzyka za głośno, wokale za cicho. Ja tam nie narzekam, choć czasami za bardzo mieszały się krzyki publiczności (AJ EM IKS, pozdrawiam.) i to, co dochodziło ze sceny.
A teraz przejdźmy do mięska.

20.30, IAMX w pełnym (przynajmniej tak mi się wydaje) składzie – Dean Rosenzweig z gitarą, Tom Marsh przy perkusji, Janine Gebauer (słodycz) obsługiwała bas/klawisze/synth. I oczywiście Chris Corner, z czerwonymi kozakami, gołym brzuszkiem i czasami z basem.

dsc_0181

Zaczęło się tzw. intrem, później Nature of Inviting, kawałek z nowej płyty, którego raczej nie pamiętam. Jednak już po paru minutach, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki The Alternative, cały póki co dość spokojny motłoch, w końcu zaczął się ruszać. I to było coś, czego brakowało mi na większości koncertów na których ostatnio byłem – w porównywalnym młynie (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu) byłem tylko na koncercie Sex Pistols. Motłoch znał teksty starych piosenek, więc można było spokojnie pokrzyczeć i pofałszować. Z każdą piosenką robiło się tylko lepiej – Sailor (szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będą utwory z pierwszego krążka). Później poleciały I for an I i Tear Garden (albo Tiergarten, zdania uczonych są podzielone), oba nowe, oba przyjemne.

Przy The Negative Sex zdarłem sobie gardło, ogólnie zaskoczyło mnie jak dobrze znam teksty tych piosenek i jak łatwo przychodzi mi ich wykrzykiwanie :] Następne utwory, Songs of Imaginary Beings i ‘jakiś nowy’, to chwila odsapnięcia dla wiecznie skaczącego i drącego się tłumu. Odpoczynku potrzebnego, bo później Chris zagrał swoje chyba najlepszy numery, przy których tłum bawił się najlepiej – Spit It Out (ach, Spit It Out), Nightlife, Kiss And Swallow, którego wcześniej raczej nie lubiłem, a na żywo brzmiał świeeeetniee i jedyny z nowych kawałków, który wcześniej byl do przesłuchania jako singiel – Think of England (którego tekst o dziwo znała lwia część publiczności).
W międzyczasie przewinęło się podawanie publiczności dmuchanego konia, z zaklejonymi taśmą izolacyjną oczami i tzw. asholem. Koń miał wrócić na scenę, publiczność potraktowała go jako zakładnika – wrócił na scenę dopiero, gdy na scenę wrócił też zespół. Na trzy piosenkowy bis.

This Will Make You Love Again, President, o którego wszyscy bardzo głośno się dopominali i oczywiście na koniec After Every Party I Die. Corner zakładał rzucane na scene kapelusze, przy ostatnim kawałku uprawiał crowdsurfing (nawet udało mi się go utrzymać przez chwilę), a żeńska (i ta bardziej fag) część publiczności szczytowała krzycząc ‘Mój Krzyś!1′ albo ‘Dajcie mi go kurwa dotknąć!’. Wesoło było, no.

dsc_0859

Po koncercie (trwającym około 1,5h) zaczęło się afterparty, robione przez jakiś DNN Squad, z muzyką zainspirowaną i w klimacie IAMX. W sumie ok. I gdyby nie after, pewnie nigdy byśmy się nie dowiedzieli od gitarzysty Deana (który na scenie ciągnął z gwinta, więc po nim mógł być średnio wiarygodny), że zespół wraca do Polski (dokładniej to do Krakowa) w marcu.

Ogólnie wrażenia jak najbardziej pozytywne, usłyszałem większość tego co chciałem (poza Heatwave z pierwszego albumu), popatrzyłem sobie na ładnych ludzi z zespołu, wymęczyłem się, wróciłem do domu mocno poturbowany, z włosami oblanymi czyimś piwem i z pinem, którego pewnie nigdy nie przypnę do żadnego ubrania.

Z tego, co czytam na różnych forach czy last.efemach, większości przeszkadzał młyn, łokcie w ruchu i skakanie. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że mają dziwne wymagania co do koncertu, jakby nie było, rockowego. I życzę im grzecznych koncertów, na których się tylko stoi i w razie potrzeby poklaszcze.

Jednym słowem – dobrze wydane 70zł. Może nawet najlepiej wydane 70zł, jakie pamiętam.
(pozwoliłem sobie użyć zdjęć od kazziz cateater i Anahata)

f-for-fuckyeah1



No Responses Yet to “IAMXPROXIMA”  

  1. No Comments Yet

Leave a Reply