IAMXPROXIMA
16 listopada 2008, klub studencki Proxima. Proxima, która jest sprytnie ustawiona między wielkimi akademikami, przez co nie widać jej z zewnątrz, dookoła żadnych indieludzi, za którymi mógłbym iść.
Ale w końcu udało się, 40 minut przed domniemanym początkiem koncertu wchodziłem po proximowych schodach. Później 20 minut stania w kolejce do szatni, 5 minut czekania na zimną pepsi i można było się wciskać w tłum pod sceną.
Tłum, którego większą część stanowiły jakieś cybergotki z różowymi dredami (po Castle Party to chyba będa stali bywalcy koncertów Cornera) w wieku głównie gimnazjalnym, trochę zwykłej lansiarni, karków i metali. Normalka.
Koncert zaczął się z niemałym opóźnieniem, oczywiście z powodów technicznych (panowie stali na drabinie i coś dokręcali), bo z moim szczęściem nigdy nie trafię na koncert od początku do końca dobrze zrobiony – po koncercie sporo ludzi narzekało, że muzyka za głośno, wokale za cicho. Ja tam nie narzekam, choć czasami za bardzo mieszały się krzyki publiczności (AJ EM IKS, pozdrawiam.) i to, co dochodziło ze sceny.
A teraz przejdźmy do mięska.
20.30, IAMX w pełnym (przynajmniej tak mi się wydaje) składzie – Dean Rosenzweig z gitarą, Tom Marsh przy perkusji, Janine Gebauer (słodycz) obsługiwała bas/klawisze/synth. I oczywiście Chris Corner, z czerwonymi kozakami, gołym brzuszkiem i czasami z basem.
Zaczęło się tzw. intrem, później Nature of Inviting, kawałek z nowej płyty, którego raczej nie pamiętam. Jednak już po paru minutach, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki The Alternative, cały póki co dość spokojny motłoch, w końcu zaczął się ruszać. I to było coś, czego brakowało mi na większości koncertów na których ostatnio byłem – w porównywalnym młynie (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu) byłem tylko na koncercie Sex Pistols. Motłoch znał teksty starych piosenek, więc można było spokojnie pokrzyczeć i pofałszować. Z każdą piosenką robiło się tylko lepiej – Sailor (szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będą utwory z pierwszego krążka). Później poleciały I for an I i Tear Garden (albo Tiergarten, zdania uczonych są podzielone), oba nowe, oba przyjemne.
Przy The Negative Sex zdarłem sobie gardło, ogólnie zaskoczyło mnie jak dobrze znam teksty tych piosenek i jak łatwo przychodzi mi ich wykrzykiwanie :] Następne utwory, Songs of Imaginary Beings i ‘jakiś nowy’, to chwila odsapnięcia dla wiecznie skaczącego i drącego się tłumu. Odpoczynku potrzebnego, bo później Chris zagrał swoje chyba najlepszy numery, przy których tłum bawił się najlepiej – Spit It Out (ach, Spit It Out), Nightlife, Kiss And Swallow, którego wcześniej raczej nie lubiłem, a na żywo brzmiał świeeeetniee i jedyny z nowych kawałków, który wcześniej byl do przesłuchania jako singiel – Think of England (którego tekst o dziwo znała lwia część publiczności).
W międzyczasie przewinęło się podawanie publiczności dmuchanego konia, z zaklejonymi taśmą izolacyjną oczami i tzw. asholem. Koń miał wrócić na scenę, publiczność potraktowała go jako zakładnika – wrócił na scenę dopiero, gdy na scenę wrócił też zespół. Na trzy piosenkowy bis.
This Will Make You Love Again, President, o którego wszyscy bardzo głośno się dopominali i oczywiście na koniec After Every Party I Die. Corner zakładał rzucane na scene kapelusze, przy ostatnim kawałku uprawiał crowdsurfing (nawet udało mi się go utrzymać przez chwilę), a żeńska (i ta bardziej fag) część publiczności szczytowała krzycząc ‘Mój Krzyś!1′ albo ‘Dajcie mi go kurwa dotknąć!’. Wesoło było, no.
Po koncercie (trwającym około 1,5h) zaczęło się afterparty, robione przez jakiś DNN Squad, z muzyką zainspirowaną i w klimacie IAMX. W sumie ok. I gdyby nie after, pewnie nigdy byśmy się nie dowiedzieli od gitarzysty Deana (który na scenie ciągnął z gwinta, więc po nim mógł być średnio wiarygodny), że zespół wraca do Polski (dokładniej to do Krakowa) w marcu.
Ogólnie wrażenia jak najbardziej pozytywne, usłyszałem większość tego co chciałem (poza Heatwave z pierwszego albumu), popatrzyłem sobie na ładnych ludzi z zespołu, wymęczyłem się, wróciłem do domu mocno poturbowany, z włosami oblanymi czyimś piwem i z pinem, którego pewnie nigdy nie przypnę do żadnego ubrania.
Z tego, co czytam na różnych forach czy last.efemach, większości przeszkadzał młyn, łokcie w ruchu i skakanie. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że mają dziwne wymagania co do koncertu, jakby nie było, rockowego. I życzę im grzecznych koncertów, na których się tylko stoi i w razie potrzeby poklaszcze.
Jednym słowem – dobrze wydane 70zł. Może nawet najlepiej wydane 70zł, jakie pamiętam.
(pozwoliłem sobie użyć zdjęć od kazziz cateater i Anahata)
Filed under: eventy, muzyka | Leave a Comment
Tags: chris corner, electroclash, iamx, koncert, proxima




No Responses Yet to “IAMXPROXIMA”